Kopalnia Łupków Kwarcytowych „Jegłowa”

Dziś moim celem była kopalnia w miejscowości Jegłowa. Oczywiście to wciąż Wzgórza Strzelińskie, po których włóczę się w ostatnim czasie. Tym razem wschodnia strona. Surowiec w postaci kryształów górskich, ponoć wydobywano tu już od średniowiecza. Wydobycie odkrywkowe natomiast zaczęto w roku 1854. Pozyskiwano głównie kwarcyt, z początku, jako materiał na narzędzia, później odkryto jego ogniotrwałe właściwości. W 1891 wyrobisko ruszyło pełną parą za sprawą połączenia kolejowego

kopalnia-jeglowa

Byłem tu już kiedyś z Dzigersem

Przyjechaliśmy specjalnie po to by zebrać trochę kryształu górskiego. Nie trudno tu o ten minerał. Ponad to na terenie kopalni znajdują się zbiorniki wodne – przepastnie głębokie.

Zapędziłem się trochę w opowieści o samym celu wyjazdu, zapominając o drodze, która mnie do niego doprowadziła. Drogę tę zdecydowanie warto wspomnieć, gdyż prowadziła przez malownicze wzniesienia otulone pozłacaną szatą z rzepaku. Świeże i zielone sprawiające wrażenie niezwykle miękkich. Takie są Wzgórza Niemczańsko – Strzelińskie, gdy spojrzeć na nie z pewnej odległości. Lecz gdy się w nie zanurzyć, nie są tylko parabolicznymi kształtami na horyzoncie. Żyją i są czymś więcej niż krajobrazem nadającym się na śliczny pejzaż sprzedawany na rynku przez jowialnie wyglądającego staruszka – artystę.

Wzgórzach Strzelińskie

W Strzelinie kieruję się na Brzeg drogą o numerze 39

Następnie odbijam w prawo w ulicę Nyską. Nawierzchnia wąskiej szosy pozostawia wiele do życzenia. Postanawiam przejechać przez Kuropatnik tylko po to, żeby zobaczyć wieś. Miejscowość jest całkiem spora i nieco rozciągnięta. Zatrzymuję się na chwilę, żeby sprawdzić mapę i znajduję gruntową drogę, która ma mnie doprowadzić bezpośrednio do Jegłowej.

Wybór tego niepozornego szlaku był dobrym pomysłem. W Kuropatniku wjeżdżam na ulicę Czereśniową i to ona doprowadza mnie do śródpolnego szlaku ułożonego między łagodnymi wzniesieniami.

Jedziemy nieco pod górę. Przy brzegach drogi stoją stare czereśnie, pozieleniałe już i gotowe by rodzić owoce. Pola zielenią się i złocą naprzemiennie pod niebem, na którym toczą się postrzępione chmury. Postanawiam zrobić sobie przerwę na drugie śniadanie. Przejeżdżam Moskwą kawałek dalej od głównego szlaku i znajduję przyjemny kawałek zieleni z panoramą na daleko odkryty horyzont. Śniadanie jest skromne, jak zazwyczaj. Tym razem raczę się kanapkami z serem z oliwkami oraz kiełbasą krakowską. Mam też oczywiście herbatę, tym razem lawendową. Mógłbym wyjeżdżać z domu tylko po to by jeść w ten sposób śniadania. Rozłożony na kocu turystycznym z nakrętką herbaty spoglądam daleko przed siebie. Rozmyślam nad tym, że o ile książki i komputer są w stanie skurczyć mi soczewkę i przyprawić o krótkowzroczność, o tyle jazda na motocyklu i ciągłe wytężanie wzroku przed siebie, jest niejako małą rehabilitacją dla podmęczonego wzroku.

Wzgórzach Strzelińskie motocykl

Niemal zapomniałem o swoim problemie z nikotyną. Jedyną formą kosztowania tytoniu na jaką sobie obecnie pozwalam, jest palenie fajki tradycyjnej. I wiem, że może to wyglądać jak próba oszukiwania siebie, ale ten, kto pali fajkę i papierosy wie, że to zupełnie dwa różne rodzaje przyjemności. I uzależnienia też. Fajkę pykam bardzo rzadko. Jest to rytuał, który wymaga odpowiedniego czasu. Tradycyjną lulkę najlepiej pali się w chwili pełnego relaksu i spokoju. Palenie na szybko zupełnie mija się z celem i nie przynosi satysfakcji. Wiem, bo w ostatnim czasie zdarzyło mi się sięgnąć po moją fajkę nieco częściej i w nie zawsze sprzyjających ku temu okolicznościach.

Wyciągnąłem więc z juków swoją fajkę

Prostą z drewna gruszy. To moja pierwsza lulka, ale myślę, że nie ostatnia. Nabiłem ją pieczołowicie trzy razy zgodnie ze sztuką. Tytoń pachniał delikatnie orzechem laskowym. Już miałem robić próbę ognia, gdy zorientowałem się, że nie mam przy sobie ani zapałek, ani zapalniczki. Westchnąłem ciężko. Była niedziela. Większość wioskowych sklepów z pewnością będzie pozamykana. Starałem się nie irytować. Fajka ma to do siebie, że może poczekać. Ręce się nie trzęsą, nie klnę, na czym świat stoi. Po prostu chowam spokojnie cały osprzęt do torby z nadzieją, że gdzieś po drodze znajdę sklep. Dopijam herbatę rozkoszując się lekkim, ciepłym muskaniem Pogwizda i promieniami słonecznymi, których tak wciąż mi brak.

Zapakowałem motocykl i nieśpiesznie ruszyłem dalej. Spodziewałem się, że szlaki gruntowe mogą być nieco rozmoknięte i tak też było. Gdy teren nachylił się nieco i zjeżdżaliśmy ze wzniesienia, zaczęły się pojawiać większe i mniejsze kałuże. Moskwa nie ma problemu z pokonywaniem tego typu przeszkód. Ze spokojem przebrnie nawet przez większe i głębsze kałuże, niewybita ze swojego statecznego rytmu. Wielkim minusem konstrukcji tego motocykla jest jednak to, iż jest on relatywnie niski. W praktyce oznacza to, ze cały strumień rozbryzgiwanej przez koła wody leci z impetem na nogi kierowcy. Nie pozostaje nic innego jak tylko śmiesznie podkurczać kończyny, tak jak się to robiło na rowerze w dzieciństwie. Szlak jest bardzo ładny, gdyż nie brak tu zielonych dolinek i zarośniętych lasami wzniesień, które są równowagą, dla „łysawych” pól, na których nic jeszcze nie wzeszło. Droga ta wyrzuca mnie tuż przy znaku z nazwą miejscowości, gdzie pojawiają się też pierwsze zabudowania.

W Jegłowej stoi szary kościół, który doskonale widać z okolicznych pagórków

Już na pierwszy rzut oka widać, że świątynię wzniesiono z lokalnego granitu. Wieża, której wedle źródeł najstarsza część pamięta XV w. zbudowana jest z tak zwanego „kamienia łupanego”. Odznacza się na tle monolitycznego, zwartego bloku granitowego. Sklep, w którym mógłbym zdobyć zapałki, czy zapalniczkę oczywiście jest zamknięty na głucho, więc jadę dalej. Mijam wagonik wypełniony lokalnym surowcem. To znak, że kopalnia jest już niedaleko. Dosłownie kawałek za Jegłową należy odbić w prawo, przy dwóch niewielkich stawach.

Niestety, wstępu do kopalni broni długa brama. Kiedy byłem tu pierwszy raz wjazd był wolny. Postanawiam nie kombinować i po powrocie do domu zweryfikować jak to jest obecnie z tym wstępem. Niewiele myśląc odbijam w lewo na Kaszówkę.

motocykl Wzgórzach Strzelińskie

KAŁUŻE I BŁOTA – KASZÓWKA – ŁOJOWICE

Kaszówka to przysiółek, do którego prowadzi zacieniona drzewami, zanikająca, asfaltowa dróżka. Miejscowość wita mnie charakterystycznym, wyblakłym znakiem z nazwą. Jest coś w tego typu tablicach, co sprawia, że przebiega mi po plecach dreszcz. Zupełnie jak gdyby od tego punktu i znaku miała się zacząć jakaś niezwykle, niesamowita historia zakrawająca o horror.

Jak z horroru – dział architektura – wyglądają stare, umierające budynki folwarczne. Płaczą cicho i powoli, tocząc krwawe ceglane łzy w obrastające je zarośla. Poza tym wioseczka to zaledwie trzy domy na krzyż i dwa psy na obejściach w tym jeden zajadle na mnie szczekający.

Jadę dalej i tuż za zakrętem przysiółek się kończy. Rozpościerają się piaszczyste ramiona polnych dróg oznaczonych żółtym szlakiem. Z wielką przyjemnością kieruję motocykl na kolejne gruntowe ścieżki. Szutrowy szlak wiedzie między polami pachnącego rzepaku. Kałuże pstrzą się w słońcu, które łaskawie głaska mnie i motocykl swoim promiennym ciepłem. Jedzie się przyjemnie, ze spokojem można wrzucić trzeci bieg i toczyć się podziwiając otoczenie. Nawet wiatr, wszechobecny na tych wzgórzach, nie przeszkadza za bardzo. Tym spokojnym tempem docieram do rozwidlenia dróg. Po prawej ręce majaczą zabudowania wsi Strużyna. Na wprost droga prowadzi do Rożnowa, natomiast skręcając w lewo dotrzemy do Łojowic.

Początkowo polna droga, tu i tam wysypana pokruszoną cegłą, która barwi ją na czerwono, wiedzie wśród pól. Pojawiają się rozleglejsze kałuże. Przed wjazdem w rozlane na całą szerokość szlaku oczka wodne, chwilę się zastanawiam. Ostatecznie stwierdzam, że będzie to dobry test wodoodporności moich nowych sakw. Kałuże pokonuję spokojnie, jednolitym tempem i nawet szosowa opona z tyłu nie odmawia współpracy. Po przejechaniu kilku takich rozlewisk nabieram wprawy i woda przestaje stanowić przeszkodę. Droga doprowadza mnie do krótkiego zadrzewionego odcinka, który jak się słusznie domyślam, będzie bardzo rozmoknięty i błotnisty. Cień drzew skutecznie zatrzymuje wilgoć. Ponad to teren jest dość mocno rozjechany przez duże pojazdy, co widać po śladach opon. Pojawia się informacja o kole łowieckim, więc domyślam się, kim są stali bywalcy tych terenów. Oprócz tego tropy zdradzają obecność rowerzystów i amatorów jazdy na quadach. Miękkie, gęste błoto usiane jest małymi, ale głębokimi kałużami. Te są bardziej zdradliwe niż szerokie rozlane na polnej drodze lustra. Mam już na tyle doświadczenia w jeździe przez grząskie błoto, że starannie wybierając ścieżkę dla opon motocykla, przejeżdżam niemal bez walki.

Tylko raz błotna, mokra pułapka złapała tylne koło Moskwy i nie chciała wypuścić. Skończyło się na znużeniu butów w dość osobliwie pachnącej, brunatnej cieczy. Później drzewa rozrzedzają się by ostatecznie na powrót ustąpić otwartej przestrzeni pól. Tu grunt jest już obsuszony wiatrem i słońcem na tyle, że znów mogę pozwolić sobie na leniwą jazdę na trzecim biegu.

motocyklem po Wzgórzach Strzelińskich

CIEMNE SZUTRY – ŁOJOWICE – KARSZÓWEK

W Łojowicach przejechałem kilka metrów asfaltem w kierunku Strzelina i skusiła mnie droga idąca po prawej stronie. Oczywiście gruntowa. Wysypana drobnym ciemnym szutrem biegła swobodnie między polami. Jej nawierzchnia była doskonale utwardzona i po leniwych etapach jazdy na trójce, mogłem sobie pozwolić na popuszczenie cugli Moskwie. Motocykl szybko zrywał przyczepność na drobnych kamyczkach zarzucając zadnią oponą. Jest w tym jakaś dzika satysfakcja i dobra zabawa. Kiedy już wyżyłem się dostatecznie, kontynuowałem spokojną jazdę. Ciemny szuter był w doskonałym stanie. Nie było na nim kałuż, ani nawet większych nierówności. Ktoś porządnie zadbał o te drogi dojazdowe do pól.

W pewnej chwili dotarłem do rozjazdu na cztery strony świata. Chciałem się już kierować bardziej w stronę domu, więc szukałem optymalnego połączenia dróg. Sprawdzałem na satelicie jak wyglądają okoliczne grunty i wyszedłem z założenia, że w teorii jadąc prosto powinienem przebić się w stronę Kęszyc i dalej na północ. W praktyce piękna czarna, gruntowa droga skończyła się i motocykl zaczął podskakiwać na zarośniętej, rozmytej i chyba zapomnianej dróżce, prowadzącej w głąb pól. Nie był bym sobą, gdybym nie spróbował dotrzeć dalej. Znikający szlak zapadł się jednak nagle w glebę pól i trzeba było zawrócić. Wybrałem, więc kierunek na Karszówek.

Cieszyłem się zielenią wschodzącego zboża, żółcią rzepaku i widokiem wyglądających jak oazy, grup drzew wetkniętych w pola. Motocykl pracował miarowo i raźno szedł po dobrej szutrowej nawierzchni. Z dala od szumu głównych szos i od obecności ludzi, cieszyłem się tą chwilą i po raz kolejny błogosławiłem w myślach pomysł zakupu Rometa. Ciemny szuter zawinął się jak wąż w lewo i wyrzucił mnie znów na drogę asfaltową o numerze 378 wiodącą w stronę Strzelina.

ŻELAŹNIK – CZYLI WSTĄPIŁ DO PIEKIEŁ, PO DRODZE MU BYŁO

Jechałem już nieco zmęczony swoimi przygodami. Szczególnie we znaki dawały mi się plecy. Kanapa Małej Moskwy nie należy do najwygodniejszych, niestety. Zmieniałem pozycje na motocyklu zupełnie jak bym ćwiczył jogę. Pomyślałem, że to najwyższy czas by spokojnie kierować się w stronę domu i zrobić jeszcze niewielką przerwę na five o’clock i fajkę. Nawiasem mówiąc system nikotynowy przestał się tak uporczywie upominać o swoje. Mózg był zbyt zajęty jazdą i rejestrowaniem krajobrazu. Może motocykl to skuteczne narzędzie również w rzucaniu palenia?

motocykl pod murami

Zbliżałem się do wsi Żelaźnik. Coś mi się tam w głowie kołatało. Pałac? Zamek? Ruiny? Nie pamiętałem dokładnie, ale wbrew temu, co przed chwilą przedsięwziąłem, postanowiłem odbić na lewo i rzucić okiem, co w Żelaźniku można znaleźć. Po raz kolejny przywitał mnie blady znak, pod którym wisiała omszała „czterdziestka”. Droga za znakiem jest zanikająca, pełna dziur i kolein. Czasem się zastanawiam, jakie licho pcha mnie w trasę dalej, kiedy moje baterie są już na wyczerpaniu, a ból pleców przechodzi na nowy poziom. Później uznaję, że licho to ma na imię ciekawość i mimo niedogodności i zmęczenia, warto go czasem posłuchać. Instynkt dobrze podpowiadał mi, ze w Żelaźniku znajdują się jakieś ciekawe obiekty. Chwilę po tym jak wjechałem do miejscowości, po prawej stronie, za bramą ukazał mi się pałac. Brama zamknięta, a za nią kudłaty strażnik, który wyraźnie informował mnie o tym, że to teren prywatny i po majątku nie można wałęsać się ot tak. Obiekt jest duży i mimo, że nieco zaniedbany to nie popadł w ruinę i trzyma się całkiem nieźle. Źródła podają, że jest remontowany. Dalej za pałacem stoi niewielki kościół z pobielonymi ścianami. Wiedzie do niego brama z attyką, która zupełnie nie wpisuje się w krajobraz okolicy. Zupełnie jak gdyby ktoś wkleił ją tu w fotomontażu. Niemniej jest ciekawa. Wizyta w Żelaźniku miała charakter bardziej rozpoznania terenu, niż wnikliwego zwiedzania, ponieważ jak już wcześniej wspomniałem, byłem już dość mocno zmęczony dotychczasową włóczęgą. Z pewnością tu jeszcze wrócę i kto wie, może uda się nawet podejść do pałacu bliżej, nie narażając się na rany szarpane.

WARKOCZ – OSTATNI PRZYSTANEK

Z Żelaźnika mknę już prosto na Strzelin i dalej na Wrocław. Pogoda wciąż dopisuje, choć Pogwizd przypomina o sobie i na odcinkach pozbawionych osłony w postaci drzew potrafi dmuchnąć mocniej. Nie nadwyrężam Moskwy. Obroty na piątym biegu dochodzą maksymalnie do 6.5 tys. Obr/min. W teorii jest to coś około 75-80 km/h. W praktyce ciężko stwierdzić, bo ślimak prędkościomierza jakiś czas temu wyzionął ducha i obecnie czekam na nowy. Na dłuższą przerwę, którą obiecałem sobie i motocyklowi, (który pracował niemal nieprzerwanie podczas całej wędrówki) zjeżdżam do maleńkiej miejscowości, jaką jest Warkocz. Moim celem jest niewielka stacyjka kolejowa, która jakiś czas temu urzekła mnie swoją miniaturową i szczątkową formą. Warto nadmienić, że do wsi wiedzie brukowana droga. Jej jakość jest… Co tu dużo mówić… Wyboista. Uznajmy, że jest to antagonizm do słowa, które świetnie by się rymowało w tym wypadku. Jakość wyboista… Stacyjka, czy raczej przystanek kolejowy, to dwa nowoczesne perony oraz zabudowania mieszkalne, które kiedyś były kolejowymi. Na jednym z budynków wisi szyld z nazwą miejscowości.

Motocykl, Kot i Fajka czyli włócząc się po Wzgórzach Strzelińskich

Stawiam motocykl przy ławce. Zdejmuję kask i przeciągam się, aż stawy trzeszczą w posadach. Słońce jest jeszcze dość wysoko, choć zmienia już swoją barwę na nieco bardziej stonowaną. Dochodzi godzina siedemnasta. Idealna pora na herbatę. Zanim zasiądę do herbaty i fajki, oglądam motocykl. Krytycznie przyglądam się oponom, które dzielnie znoszą swój los, choć fabryka z pewnością nie przewidziała dla nich takich wyczynów. Rzucam okiem na łańcuch, który znów jest zabity błotem i pyłem. Wymaga gruntownego czyszczenia i regulacji. Poza tym nie dostrzegam żadnych nieprawidłowości. Uważam, że warto jest przyglądać się swojej maszynie na przerwach podczas wędrówek. Niekiedy pozwala to wykryć problem, który podczas jazdy może się nasilić i ostatecznie wykluczyć pojazd z dalszej eksploatacji. W myśl zasady najpierw koń potem jeździec, dokonuje ostatniej rewizji maszyny i w końcu zaczynam rozkładać swoje klamoty. Herbata w termosie jest jeszcze przyjemnie gorąca. Fajka praktycznie nabita. Poprawiam tylko kciukiem tytoń i sprawdzam cug. Zapałki kupiłem w Strzelinie w drodze powrotnej, więc odpalam lulkę i cieszę się nagrzewającym się cybuchem. Kiedy szeleszczę torebką z tytoniem, zjawia się bury kot.

Motocykl, kot i fajka

Dźwięk folii musi mu się jednoznacznie kojarzyć z jedzeniem, ponieważ futrzak jest bardzo śmiały i decyduje się podejść do mnie bardzo blisko. – Nie smakowałyby ci. – Mówię na głos do kota. – Przynajmniej tak myślę. Kot patrzy na mnie swoimi bystrymi oczyma i podchodzi jeszcze bliżej. Wyciągam, więc torebkę z tytoniem w jego stronę, tak by mógł sam przekonać się o tym, że to nic atrakcyjnego dla kociego żołądka. Węszy, ale wciąż nie wygląda na przekonanego, co do jadalności tytoniu. Przyglądam mu się uważniej. Naraz przychodzi mi do głowy, że ten tu łapserdak i lokalny naciągacz, równie dobrze mógłby być panem Behemotem. Jedną z postaci występującej u Bułhakowa w „Mistrzu i Małgorzacie”. Uznaję, że tym bardziej galanteria i grzeczność wobec czworonoga jest na miejscu. Kto wie, czy gdzieś w zanadrzu nie trzyma prymusa z benzyną.

Motocykl, Kot i Fajka

Kot jednak nie wykazuje szczególnie literackiego pochodzenia i zbadawszy tytoń odchodzi i kładzie się w słońcu na peronie. Ja natomiast prostuję nogi i nieśpiesznie pykam fajkę. Z daleka dochodzi mnie szum ruchliwej szosy o numerze 395, na którą niebawem wrócę. Rozmyślam leniwie o przeżytych wrażeniach i uznaję, że był to dzień w dużej mierze spędzony w towarzystwie rzepaku. Ten towarzysz drogi jest bardzo milczący. Jego głosem są pszczoły pieczołowicie zbierające urobek i zapach, którym wabi do siebie owady. Rzepak to bardzo kruchy kompan, który ledwo się obejrzeć zniknie z krajobrazu. Tym bardziej cieszę się, że mogłem spędzić w jego towarzystwie i roztaczanym aromacie tyle czasu. Kot wstaje i zeskakuje na torowisko. Wskakuje na szynę i nie śpiesząc się wędruje załatwiać pewnie jakieś kocie sprawy. Koci spacer po wypolerowanym przez koła pociągów metalu jest pełen gracji i nie ma w nim cienia lęku. Człowiek, czy pies też przejdzie w ten sposób po
szynie, ale nie z taką gracją i pewnego rodzaju, aroganckim lekceważeniem. Gdyby cokolwiek nadciągało w stronę beztroskiego kota, wiedziałby o tym zanim pociąg stworzyłby dla niego faktyczne zagrożenie. Tego właśnie kotom można pozazdrościć. Beztroski w obieraniu sobie dróg i ścieżek.

Czas upływa, słońce schodzi niżej, a niebo robi się bardziej pomarańczowe. Fajka dopaliła się i wygasała. Wystukuję cybuch o ciężarek kierownicy motocykla. Dopijam przestygłą herbatę. Kot zniknął bez pożegnania. Idę jego śladem. Wsiadam i odjeżdżam z myślą, że czasem dobrze jest po kociemu wybierać sobie szlaki. Na tym zakończymy opowieść o tej wyprawie. Dalsza droga to dobrze znana szosa 395, która niemal zawsze mija mi tak samo, w akompaniamencie wiatru i miarowego mruczenia moskiewskiego silnika.

„Kazan”

Laureat konkursu „Wycieczka motocyklowa” – edycja: wrzesień 2022

 

Jeśli interesują Was propozycje motocyklowych tras, znajdziecie je w zakładce podróże motocyklowe, a także na naszym kanale YouTube #TYLKOjazda

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *